Mieszkania i kredyty: krajobraz po bitwie
Spadające ceny mieszkań, trudno dostępne i coraz droższe kredyty sprawiają, że obecnie największym zainteresowaniem cieszą się nieduże mieszkania: 1-2 pokojowe.
Powodów, dla których tak się dzieje, jest kilka. Najważniejszy jednak to ten, że po prostu stać nas na mniej. Choć zarobki nie zmieniły się, a ceny mieszkań w dalszym ciągu wykazują tendencję spadkową, w przeciągu zaledwie kilku miesięcy nasza zdolność kredytowa uległa radykalnej zmianie. Najlepszym tego przykładem jest historia typowego 30-latka, chcącego wziąć kredyt na dom, opisana w jednym z numerów Metra. U nas w dużym skrócie:
- Trzy tygodnie temu byłem pewny swego - 30 lat, stała praca, zarobki "w porządku", własne dwupokojowe M warte ok. 500 tys. zł (za tyle sprzedał sąsiad, chociaż miał brzydszy ogródek), rodzice w razie czego pomogą itd., itp. Zacząłem chodzić po bankach. Jeden, drugi, trzeci - we wszystkich miałem zdolność kredytową. Na całość albo jeszcze więcej. Było super. (…) Przyszedł krach i szlag wszystko trafił. Tzn. nadal mam mieszkanie i zarobki "w porządku", ale dla banków już nie jestem klientem, którego wita się z uśmiechem.(…) Nadal czytam analizy, komentarze, raporty, uspokajające obietnice doradców kredytowych i zapewnienia banków o stabilnej sytuacji w Polsce - i już nie wierzę, że jestem gość i że mnie stać. Czarna wizja jest taka: segment, który kupię na kredyt, za pół roku nie będzie tyle wart, co dziś. Swojego mieszkania nie sprzedam za tyle, co sąsiad (chociaż miał brzydszy ogródek). Zostanę z kredytem, z niewykończonym mieszkaniem, a to, które mam, sprzedam za bezcen, żeby ratować inwestycję. A do tego znajomi i przyjaciele kupią sobie za rok ładniejsze rezydencje za połowę ceny mojego segmentu.
Zapewne nie ma potrzeby, by zgadywać, jaki jest epilog tej historii: nasz bohater nie zdecydował się na wzięcie kredytu, uznając że w tej sytuacji jest to inwestycja zbyt ryzykowna. Nie poprawia to jednak samopoczucia i świadomości, że kilka miesięcy temu zamiana mieszkania na dom i kredyt na pokrycie różnicy w cenie nie stanowiłyby problemu:
- Jednak i tak czuję się jak frajer. I nie chodzi nawet o te 2 tys.(zadatku dla dewelopera- przyp. red.), które stracę (trochę boli). Czuję się jak frajer, bo się spóźniłem. Pół roku temu cała operacja byłaby bezbolesna.
Nie jest to bynajmniej przypadek odosobniony. W mediach coraz częściej zdarza się czytać nam o bankach, które po wydaniu pozytywnej decyzji kredytowej klientowi, wycofywały się z niej w obliczu napływających informacji o kryzysie. Trudno w tej sytuacji nie odczuwać frustracji. Zadatek wpłacony, kredytu nie ma, a żeby go dostać trzeba przejść kolejną weryfikację, bo banki muszą mieć absolutną pewność, że nie stracą swych pieniędzy.
Nie wystarczy już mieć dobre zarobki, bo banki szczegółowo sprawdzą, jakie są nasze miesięczne wydatki, limity na kartach, obsługiwane kredyty ratalne itp. W dodatku sami dysponować musimy środkami na zakup nieruchomości, często w wysokości 30-35 proc. wartości mieszkania czy domu. To dla wielu bariera nie do pokonania, bo oznacza posiadanie kwoty rzędu co najmniej kilkudziesięciu tysięcy.
Niepokój, jaki wywołał kryzys, spowodował, że banki podniosły swoje marże, reszty natomiast dokonał chwiejny kurs waluty. To w przypadku kredytu złotowego na 300 tys. zaciągniętego na 30 lat zmieniło wysokość miesięcznych rat o kolejne 100 zł , a w przypadku takiego samego kredytu we franku nawet o 180 zł. Jednak choć wydaje się to dziwne, w ostatnim czasie w bankach wzrosła ilość składanych wniosków kredytowych. Prawda, że w obawie przed kolejnymi obostrzeniami banków klienci zamierzający zakupić nieruchomość decydują się na kredyt właśnie teraz, składając po kilka nawet wniosków. Jednak to nie wszystko, bowiem popyt na mieszkania wciąż istnieje. Spodziewając się znacznych spadków wartości nieruchomości, ludzie wyczekiwali na moment, kiedy taki zakup będzie najbardziej opłacalny. Teraz chodzi już tylko o to, by był możliwy.
Krajobraz na rynku bankowym i nieruchomości wygląda niczym po bitwie. Nie da się ukryć, że wizja globalnego kryzysu wywołała spustoszenie i pewnie swe dzieło kończyć będzie przez najbliższe 2 lata, jak przewidują niektórzy obserwatorzy. W tym czasie spodziewać można się, że kupować będziemy mniejsze mieszkania, bo mimo spadku ich wartości, tylko na takie będzie nas stać. Problem mogą mieć mniejsi deweloperzy, którzy tak długo na odzysk zainwestowanych w budowę środków nie będą mogli czekać i w międzyczasie zbankrutują. Już teraz przecież banki nie chcą kredytować ich inwestycji, zwlekają z wypłacaniem transz przyznanych kredytów. Co jeszcze się stanie? Wystarczy posłuchać, co dzieje się u naszych zachodnich sąsiadów. Miejmy nadzieję, że zapewnienia finansistów i rządu choć raz się sprawdzą, a Polska pozostanie oazą spokoju pośród tej gospodarczo-ekonomicznej zawieruchy.
Zobacz także:
Kogo cieszy kryzys w budownictwie?
Kredytowe szaleństwo
Skomentuj
Komentarze — pokaż wszystkie
Brak komentarzy



