EPBD - jak po grudzie
Nie od razu Kraków zbudowano, więc na zasadzie analogii, nie powinno nas dziwić, że i wdrażanie unijnej Dyrektywy EPBD idzie jak po grudzie.
Od stycznia br. jesteśmy świadkami funkcjonującej certyfikacji budynków, co potwierdzić miało przyznanie w pierwszych dniach roku świadectwa energetycznego dla domu w podwarszawskich Markach. Ciesząc się z tego sukcesu, ustawodawca zapomniał chyba, że implementacja nowego nigdy nie jest łatwa, zwłaszcza jeśli napotyka rozmaite przeszkody. W naszym kraju było (i pewnie nadal jest) ich niemało, poczynając od braku zgody co do metodologii badań na potrzeby sporządzenia paszportu energetycznego, po ustalenia, kto jest uprawniony do jego wydawania itp. Poza tym samo społeczeństwo nie zapierałoby się rękami i nogami przed nowymi unormowaniami, gdyby wiedziało czemu tak naprawdę one służą. Tu jednak zupełnie brakuje jakiejkolwiek kampanii promującej energooszczędność. Uwagę, że jest ona istotna, na moment zwrócił szczyt COP14 w Poznaniu. Wydaje się jednak, że to za mało, by spocząć na laurach czy odtrąbić wokół sukces.
To w ostatnich dniach musiał uprzytomnić sobie resort gospodarki, bo jego urzędnicy wpadli na pomysł, by w dobie kryzysu rozdać 54,5 tys. świetlówek za niemałe pieniądze, bo 468 tys. złotych, o czym poinformowała wczoraj Gazeta Wyborcza. Zapytany o cel akcji Zbigniew Kamieński, szef departamentu energetyki w ministerstwie gospodarki, tłumaczył ową decyzję potrzebą promowania energooszczędności oraz koniecznością zastępowania tradycyjnych żarówek bardziej przyjaznymi środowisku źródłami światła. Sęk w tym, że jeszcze nie do końca wiadomo, do kogo świetlówki trafią. Wiadomo jednak, że ich rozdawaniu towarzyszyć będzie wydanie ok. 1 mln broszur informacyjnych, rozsyłanych do domów oraz zachęcanie przy użyciu takich mediów, jak Internet, środki masowego przekazu, do zmian codziennych nawyków w gospodarstwach domowych, by racjonalnie używać energii.
Pomijając koszt przedsięwzięcia, decyzja wydaje się jakby o krok spóźniona. Na pewno jednak jest potrzebna, by społeczeństwo uświadamiało sobie, że certyfikat to nie ot taki zwykły biurokratyczny papier, jak jeden z wielu, ale dokument gwarantujący niskie koszty eksploatacyjne domu czy mieszkania. Ma on bowiem albo poświadczać jego wysoką jakość energetyczną lub wskazywać możliwości osiągnięcia takiego stanu, poprzez określenie sposobów zmniejszenia zapotrzebowania budynku w energię. Tak czy inaczej daje jakieś rozeznanie na temat jego energooszczędności. Tymczasem dziś okazuje się, że skoro jest konieczność sporządzania i uzyskiwania certyfikatów, a nie jest to takie proste, kwitnie handel nimi w Internecie. Dzisiejsza Gazeta Prawna dowodzi, że za nieduże pieniądze po wypełnieniu ankiety, która wymaga podania rodzaju i położenia budynku, jego wieku, powierzchni użytkowej, rodzaju ogrzewania, liczby okien, otrzymujemy paszport korespondencyjnie. Nie ma zbędnych formalności, za to jest świadectwo energetyczne. Wprawdzie jego cena nie przekracza 500 zł za dom jednorodzinny, ale też i wiarygodność zaocznie sporządzonego certyfikatu jest żadna.
Problem jednak w tym, że nikt nie sprawdza jakości certyfikatów, bo liczy się tylko to czy przy oddawaniu budynku do użytkowania złożona dokumentacja jest kompletna. Wobec tego pewnie i dziwić nie powinno, że każdy woli zaoszczędzić, skoro świadectwa wydają się całkowicie niepotrzebne. Może więc startująca za chwilę kampania informacyjna albo bardziej precyzyjne przepisy zmienią tę anarchię, która dotyczy wdrażania unijnych rozporządzeń w zakresie energooszczędności.
Zobacz także:
Wszystko, co musisz wiedzieć o certyfikacji
Jak uzyskać paszport energetyczny w 2009 r.?
Pierwszy w 2009 roku paszport energetyczny
Skomentuj
Komentarze — pokaż wszystkie
Brak komentarzy



