Certyfikacja: jest się czego bać?
Wg ostatnich danych GUS, liczba mieszkań oddanych do użytku w grudniu 2008 r. była o 80,3 proc. wyższa niż w analogicznym okresie 2007 roku. Czyżby zadziałał strach przed nieznanym, czyli certyfikacją?
Gazeta, powołując się na odpowiednie statystyki, dorzuca, iż tylko w ostatnim roku rynek zasiliło kolejnych 166 tysięcy nowych mieszkań, co oznacza wzrost o 24 proc. wobec 2007 roku. Największą dynamikę pod tym względem wykazał zaś grudzień, kiedy to liczba oddanych mieszkań w stosunku do listopada wzrosła o 144,1 proc.
Biorąc pod uwagę, że mieszkania i domy od dobrych kilku miesięcy raczej słabo się sprzedają, w dodatku stale tracą na wartości, można by sądzić, że tak dobre wyniki to efekt zapowiadanej certyfikacji energetycznej budynków. A ponieważ przepisy nie do końca rozwiewały niejasności w tej kwestii, wielu inwestorów wolało za wczasu pozyć się problemu. Stąd może i ten rekord dwudziestolecia, o którym dla odmiany pisze Rzeczpospolita.
Czyżby paszporty energetyczne aż tak zniechęcały? Ubiegły rok pokazał, że trudno w naszym kraju o dobre rozwiązania, implementujące Dyrektywę EPBD. Nawet te, które zostały przyjęte, już są do poprawy. Nie dziwne więc, że społeczeństwo nie rozumie potrzeby wprowadzania świadectw, skoro wiążą się z nimi problemy i ponoć niemałe koszty.
Co natomiast o certyfikacji sądzą ludzie z branży? O wypowiedź dla naszego portalu poprosiliśmy dra Ludomira Dudę, audytora energetycznego KAPE nr 0001.
Są już pierwsze paszporty, jak mówią przedstawiciele Ministerstwa Infrastruktury, certyfikacja działa. Jednak wiadomo, że wciąż trwają prace nad poprawą rozporządzeń wdrażających Dyrektywę EPBD. Skąd się bierze niedoskonałość przepisów, co trzeba zmienić, poprawić?
- Trudno znaleźć przykład równie niechlujnego aktu prawnego. Metodologia certyfikatu pozwala na wykonanie certyfikatów o wynikach różniących się o blisko 50 proc. Trzeba zmienić wszystko, bowiem odnosi się wrażenie, że rozporządzenie zastało opracowane przez urzędników, mających na celu zbojkotowanie dyrektywy, ze szkodą dla obywateli, środowiska naturalnego i przyszłych pokoleń, a w interesie deweloperów i dostawców nośników energii. W moim przekonaniu, twórcy prawa budowlanego i rozporządzeń wykonawczych powinni być sądzeni za działanie na szkodę państwa i łamanie konstytucyjnego porządku prawnego.
Czy można spodziewać się powrotu do klas energetycznych?
- Nie, ponieważ doprowadziłoby to, podobnie jak w przypadku sprzętu AGD, do szybkiego wzrostu standardu energetycznego budynków, a to, według wszelkich oznak, stoi w sprzeczności z interesami mocodawców autorów rozporządzeń.
Czy nie powinniśmy liczyć się z reakcją UE na brak sankcji za niesporządzanie paszportów dla domów i mieszkań na rynku wtórnym?
- Jest to nie tylko niewykonanie zaleceń dyrektywy, ale przede wszystkim łamanie zasad porządku prawnego UE. Takie zapisy ustawy, które czynią je martwymi już w momencie uchwalenia są w oczywisty sposób łamaniem unijnego prawa. Niestety młyny unijnej biurokracji mielą powoli.
Co z osobami, które jakiś czas temu ukończyły szkolenia, a do tej pory nie zdały egzaminu państwowego? W ich opinii, zostały naciągnięte na niepotrzebne koszty. W międzyczasie zmieniła się metodyka, czy jak wolą inni, metodologia obliczeń i tak naprawdę znajdują się oni w punkcie wyjścia.
- Jedyna grupa zawodowa przygotowana merytorycznie do wykonywania certyfikatów to audytorzy energetyczni, którzy nabyli doświadczenia wykonując audyty na potrzeby ustawy termomodernizacji. Jak wynika z badań nad dotychczasowa praktyką w tym zakresie, posiadanie uprawnień projektowych zwiększa prawdopodobieństwo popełnienia błędu do około 80 proc. (badania KAPE). Wykorzystał to skrzętnie ustawodawca, nadając uprawnienia do wykonywania certyfikatów około 80.000 ludzi, z których pewnie z 80 (!) ma pojęcie, jak to zrobić.
Licząc na możliwości zdobycia nowych kwalifikacji setki osób podjęło naukę na kursach, których jedynym beneficjentem są organizatorzy. Podejmowali się oni nauczenia wykonywania świadectw wiele miesięcy przed tym, jak zostały opublikowane rozporządzenia. Wśród kursantów prawdopodobnie niewielu jest audytorów, ci bowiem wiedzą jak wykonać świadectwo (o ile ktokolwiek to wie) i godzą się na niewielką opłatę za pieczątkę z podpisem jednego z 80000 uprawnionych.
Nawiasem mówiąc, autorzy nowelizacji prawa budowlanego powinni ubiegać się o wpis do księgi Guinnessa jako twórcy najgłupszego przepisu w historii. Wynika bowiem z niego, że inżynier budownictwa z wieloletnią praktyką i pełnymi uprawnieniami projektowymi nie może zdobyć w żaden sposób kwalifikacji świadectw (chyba, że zastanie magistrem czegokolwiek) w odróżnieniu od magistra sztuki, który ukończył 50 godzinny kurs i udała mu się sztuka zdania egzaminu, którego na wszelki wypadek ministerstwo nie organizuje.
Czy rzeczywiście brak ogłoszonych terminów egzaminów skutecznie zamyka dostęp do nowego zawodu osobom spoza branży?
Nie może to być powodem, jak wynika z praktyki zawodów prawniczych, dla którego nie ogłasza się egzaminów. Bowiem prościej jest zaangażować w ich przygotowanie dotychczas uprawnionych- mysz się nie prześliźnie. Zresztą jest to jedynie kolejny etap postępu na drodze do społeczeństwa cechowego. Skukiem czego, jak twierdzą złośliwi, tylko sala sejmu nie ma kantów.
Skomentuj
Komentarze — pokaż wszystkie
Brak komentarzy





